Zakażenia szpitalne

Zakażenia szpitalne – bakterie szaleją, szaleją

Brudne ręce personelu medycznego, skażone otoczenie chorego, zatrudnianie osób nieprzygotowanych do pracy w szpitalach wskazują, jak bardzo nieskuteczny jest w niektórych placówkach system przeciwdziałania zakażeniom wewnątrzszpitalnym – ostrzega Najwyższa Izba Kontroli. Z najnowszego raportu Izby wynika, że wzrost liczby pacjentów (u których stwierdza się zakażenia szpitalne) m.in. zarażonych lekoodpornymi szczepami bakterii Klebsiella pneumoniae NDM(+) w 2016 r. był niemal trzykrotnie wyższy niż w 2015 r. Niestety NIK nie może podać kompletnych danych, bowiem funkcjonujące w kontrolowanych szpitalach systemy monitorowania i raportowania o zakażeniach nie dostarczały pełnych danych. Przekazane zestawienia w ocenie Izby mogą być znacznie zaniżone.

To wstęp do informacji o raporcie, jaki opracowała NIK na podstawie kontroli przeprowadzonej w 18 szpitalach w Polsce oraz w czterech stacjach sanitarno-epidemiologicznych. Kontrola obejmowała okres od 2015 r. do końca I półrocza 2017 r. Wyniki kontroli są zatrważające. Ponieważ całość podsumowania można przeczytać tutaj: Zakażenia w szpitalach poważnym problemem poniżej wypunktuję tylko niektóre problemy, jakie ujawniła kontrola, i spróbuję się do nich odnieść, jako że swego czasu byłam przewodniczącą Zespołu Kontroli Zakażeń Szpitalnych w jednym z łódzkich szpitali.

Zakażenia szpitalne – liczby kryją się w ciemnościach

NIK pisze:

W kontrolowanych szpitalach odnotowano wzrost liczby pacjentów, u których zdiagnozowano zakażenie szpitalne, o 8,5%, mimo że liczba wszystkich hospitalizowanych pacjentów w tym samym okresie spadła o 1,9%.

Mój komentarz:

To jest i dobra, i zła wiadomość. Dlaczego dobra? Dlatego, że ten wzrost liczby zakażeń może być efektem lepszej ich rejestrowalności. Mówiąc prościej, szpitale, chcąc uchodzić za „czyste”, niechętnie rejestrują zakażenia szpitalne, do czego są zobowiązane. Stąd są takie, gdzie liczba zakażeń jest na poziomie 1 proc. A to jest niemożliwe. Nawet w tak bogatych krajach, jak Niemcy czy USA, liczba zakażeń szpitalnych to ok. 5-15 proc. Tak więc wzrost liczby zarejestrowanych zakażeń szpitalnych nie musi odzwierciedlać wzrostu częstości ich występowania, ale wskazywać na poprawę ich rejestracji, czyli wyciąganie na światło dzienne tego, co dotąd było ukryte w ciemnościach niewiedzy. I dlatego to jest dobra wiadomość, gdyż mając dane, można je analizować i wyciągać wnioski, by rzeczywiście przeciwdziałać zakażeniom.

A dlaczego ten wzrost liczby zarejestrowanych zakażeń o ponad 8 proc. może być też złą wiadomością? A dlatego, że jeśli jednak jego przyczyną nie była poprawa w zbieraniu danych, to niestety mamy sytuację, że nadal z naszą wiedzą siedzimy w mroku i rzeczywiście z higieną szpitalną jest coś nie tak. I tutaj NIK ma w pewnym sensie rację, pisząc:

NIK nie kwestionuje, że na wzrost współczynnika zachorowań (na zakażenia) mogło wpłynąć ujawnienie przez Zespół Kontroli Zakażeń Szpitalnych większej liczby zakażeń, jednak dynamika wzrostu budzi zaniepokojenie i zdaniem NIK wymaga pogłębionej analizy przyczyn ich występowania.

I tu pojawia się problem. Niestety – powiem wprost – jest nim jakaś niechęć do przekazywania danych o zakażeniach szpitalnych do Zespołu Kontroli Zakażeń Szpitalnych (działających przecież w każdym szpitalu) przez lekarzy z oddziałów. Dlaczego? Bo trzeba przeanalizować dokumentację medyczną, wypełnić dodatkowe papiery, a to zajmuje i tak ograniczony przez ogrom innych zadań do wykonania czas, a poza tym przecież niski wskaźnik zakażeń tak ładnie wygląda. Piszę o tym z pewnym przekąsem, ale też z doświadczenia wiem, jak trudno z tym jest.

Ale tu stanę też trochę w obronie lekarzy oddziałowych. Gdyby zdjąć z nich naprawdę zbędne czynności administracyjne i dać do pomocy sekretarki medyczne, z pewnością byłby przynajmniej dobry argument, by wymagać, aby ten odzyskany czas przeznaczali na analizę dokumentacji dotyczącą zakażeń i szkolenie się w tym zakresie. I to z korzyścią dla wszystkich.

Sepsa – kwestia życia i śmierci

NIK pisze:

Poważny problem stanowi też sepsa (posocznica), która jest zespołem objawów spowodowanym nadmierną reakcją organizmu  na zakażenie (organizm walcząc z zakażeniem, zaczyna niszczyć zdrowe organy). Z danych Narodowego Funduszu Zdrowia wynika, że w badanym przez NIK okresie liczba dorosłych hospitalizowanych z powodu sepsy wyniosła: 2015 r. – 19053, 2016 r. – 21522, a w pierwszej połowie 2017 r. – 10962. W tym okresie Narodowy Fundusz Zdrowia zapłacił za leczenie sepsy w ramach kontraktów prawie 450 milionów złotych.

Mój komentarz:

Sepsa to stan, który stanowi bezpośrednie zagrożenie życia chorego. Na jej wystąpienie szczególnie często narażone są osoby po rozległych zabiegach operacyjnych, z założonymi cewnikami, po chemioterapii, z cukrzycą i wieloma innymi czynnikami ryzyka (źródła przenoszenia zakażeń szpitalnych ilustruje grafika obok). zakażenia szpitalne

I tu warto wspomnieć o jeszcze jednej sprawie: antybiotykach. Niestety, szafowanie antybiotykami, choćby przy katarze, przyjmowanie ich niezgodnie z zaleceniami – wszystko to powoduje, że mamy do czynienia ze wzrastającą antybiotykoopornością. Czyli czym? Po prostu bakterie są mądre i jak chce się je wybić antybiotykiem, to się bronią i np. produkują sobie substancje, które neutralizują antybiotyk. I wtedy on przestaje działać. Dlatego tak ważna jest w szpitalach polityka antybiotykowa, a w codziennym życiu stosowanie się do zalecenia – nie bierzmy z byle kataru antybiotyku, nie idźmy z bakteriami od razu na „wojnę atomową”, chcąc je wszystkie wymieść. Bakterie i tak ją wygrają i kiedyś zostaniemy zupełnie bezbronni. A przecież wiele z nich jest nam absolutnie potrzebna do życia.

Wracając do sepsy, zdaniem NIK:

Prowadzenie jej rejestru pozwoliłoby na uzyskanie wiarygodnych danych o rozpoznanych przypadkach, niezbędnych do analiz jej objawów, sposobów leczenia i poziomu śmiertelności.

I tu się zgodzę, tylko że jest to dodatkowy czas, jaki trzeba poświęcić na jej rejestrację. Tym trudniej to będzie zrealizować, że, jak pisze NIK:

Na wysoki poziom zakażeń, w ocenie NIK, ma wpływ brak wyspecjalizowanego personelu medycznego.

Brak personelu – pies pogrzebany

Kontynuując wątek personelu, NIK pisze:

W składach Zespołów Kontroli Zakażeń Szpitalnych powołanych w szpitalach brakowało lekarza o wymaganej specjalności, odpowiedniej liczby pielęgniarek epidemiologicznych oraz specjalisty do spraw mikrobiologii. Niewiele lepiej jest z epidemiologami. Jak się okazuje, na dzień 30 czerwca 2017 r. w Polsce było zawodowo czynnych tylko 110 lekarzy specjalistów w dziedzinie mikrobiologii, w tym 61 w wieku powyżej 55 lat oraz tylko 219 lekarzy epidemiologów. Według NIK taka sytuacja nie daje gwarancji należytego sprawowania ciągłego i bieżącego nadzoru epidemiologicznego.

Mój komentarz:

I tu, jak widać, jest pies pogrzebany. Mamy zakażenia szpitalne, czyli bakterie szaleją, a NIK pisze tak:

Wśród krajów europejskich Polska zajmuje ostatnie miejsce pod względem praktykujących lekarzy specjalistów w dziedzinie mikrobiologia/bakteriologia.

Ten problem niedoboru wykwalifikowanego personelu, o którym mówi NIK, moim zdaniem będzie rozwiązać najtrudniej i będzie wymagał najwięcej czasu, by dało się opanować zakażenia szpitalne. Odniosę się do lekarzy. Wykształcenie lekarza specjalisty to: 6 lat studiów, rok stażu i 5-6 lat specjalizacji, czyli nawet 13 lat. Nawet gdyby na specjalizację z epidemiologii czy mikrobiologii zdecydowali się lekarze, którzy już mają jakąś inną specjalizację (np. internę), to i tak wymaga to minimum 3-4 lat, a poza tym w ogóle brakuje lekarzy. Dlatego wracam do mojego wcześniejszego komentarza – czas najwyższy na odbiurokratyzowanie medycyny gdzie się tylko da, by uwolnić czas lekarzy na te sprawy, którymi nikt inny zająć się nie może – diagnozowanie i leczenie chorych oraz zapobieganie chorobom np. zakażeniom szpitalnym (i nie tylko im).

NIK oczywiście wymienia jest inne nieprawidłowości, ale do nich wrócę w innym poście, omawiając zakażenia szpitalne w jeszcze innych kontekstach.

 

I co dalej?

A teraz, zamiast mojego podsumowania, jeszcze jeden fragment z raportu NIK:

W Polsce w kontrolowanym okresie mogło dojść do ok. 400 tys. zakażeń rocznie. A to przekłada się na wydatki. Niestety żaden z kontrolowanych szpitali nie dysponował precyzyjnymi danymi dotyczącymi kosztów poniesionych w związku z wystąpieniem zakażenia. (…) Zakażenia powodują wydłużenie czasu pobytu chorego w szpitalu. Średni pobyt  wynosił nieco ponad 5 i pół dnia. Zakażenie wydłużało ten czas do ponad 16 dni. (…) a wydłużony czas leczenia jest głównym czynnikiem wpływającym na koszty leczenia pacjenta z zakażeniem.

Jeszcze raz potwierdza się powiedzenie, że czas to pieniądz, choć w tym przypadku strata. Zdejmijmy więc okowy biurokracji z medycyny, odzyskajmy czas lekarzom, by mieli go więcej na naprawdę ważne rzeczy – zdrowie i życie chorych. I wymagajmy od nich, by tak było.

2 Replies to “Zakażenia szpitalne – bakterie szaleją, szaleją”

  1. Moim zdaniem bardzo ważne jest to, aby szpitale zaczęły zwracać uwagę na zaostrzenie zasad higieny. Jeżeli można minimalizować ryzyko zakażeń to róbmy to, szczególnie, że według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) bezpieczeństwo pacjenta jest obecnie niezwykle istotnym zagadnieniem z zakresu zdrowia publicznego. Największy problem stanowią tutaj zakażenia związane z opieką zdrowotną, które dotykają każdego roku setek milionów pacjentów na całym świecie! Coraz więcej szpitali decyduje się na wprowadzenie do użytku powierzchni z miedzi przeciwdrobnoustrojowej, która minimalizuje ryzyko zakażeń. Polecam zapoznać się z artykułem https://www.antimicrobialcopper.org/pl/bezpieczenstwo-pacjenta

    1. To prawda, od higieny najwięcej zależy i od ludzi, którzy w toku pracy zawodowej nabędą tak silne nawyki związane z jej przestrzeganiem, że staną się one drugą naturą. Zdarza się bowiem, że są świetnie opracowane procedury, ale kuleje ich przestrzeganie. A co do artykułu, to rzeczywiście warto go przeczytać, a miedziane powierzchnie warto wprowadzać. Dużo to zdrowsze niż chemia.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: