Ile grypy w grypie

Ile grypy w grypie, czyli z kart historii epidemii

Choć ludzie wokół kichają i kaszlą, to patrząc w kalendarz, a mamy początek marca, można mieć nadzieję, że sezon grypowy powoli dobiega końca. Z każdym dniem słońce coraz mocniej świeci, a wirus grypy tego nie lubi. A jednak cień na rychłe uwolnienie się od chusteczek i leczniczych mikstur rzucają dane statystyczne. W minionym tygodniu w Łódzkiem liczba zachorowań „na grypę” wyniosła ponad 17 tys. i była największa w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Czy szczyt zachorowań został osiągnięty? Nie wiadomo. Tak jak nie wiadomo, ile jest grypy w grypie.

Czyli ile w zgłoszeniach o zachorowaniach na grypę i infekcje grypopodobne stanowią te spowodowane wirusem grypy. Dlaczego nie wiadomo? Dlatego, że rozpoznanie kliniczne opiera się na objawach, które mogą być podobne dla różnych infekcji oddechowych, a badania wirusologiczne wykonuje się u pacjentów tylko w wyjątkowych przypadkach. Ale to nic nowego.

Epidemia grypy z końca XIX wieku dociera do Łodzi

Ile jest grypy w grypie nie wiedzieli też dawni lekarze, a nawet do lat 30. XX w. nie znali jej przyczyny – wirusa grypy. A jednak leczyli i walczyli z epidemiami. Choć najsłynniejsza z nich to hiszpanka z 1918 r., to warta przypomnienia jest także ta z 1889 r., która przetoczyła się falą przez nasze łódzkie podwórka. Ponieważ nadciągnęła z Rosji (oj, stamtąd to wiele różnych zaraz nadchodziło i niekoniecznie walczyli z nimi lekarze), zwana była grypą rosyjską.

O tym, że zło nadciąga ze wschodu, wieści do Łodzi dotarły już jesienią, która na dodatek była długa i łagodna, co nie sprzyjało interesom łódzkich przedsiębiorców. Popyt na zimowe towary był słaby, a w prasie pisano: „Fatalnie krytyczna chwila nastała także dla robotników. Stagnacja w przemyśle to mniejsze dniówki i większa bieda”. A bieda jak to bieda, ciągnęła za sobą także choroby.

Pierwsze zachorowania na grypę pojawiły się w połowie listopada w stacjonującym w okolicach Łodzi wojsku. I choć żołnierze to chłopy jak dęby, a przynajmniej tak nam się wydaje, to złożyła niejednego na pryczę. Długo jednak w koszarach nie zabalowała. Z początkiem grudnia epidemia szerzyła się już wśród łódzkich robotników. Tych składała  do nędznych łóżek, a czasem wręcz barłogu. A że mieszkania, zwykle jednoizbowe były ciasne i duszne, rodzina liczna z dużym rozszytemu wieku, i każdy sobie na głowie siedział, grypa czuła się jak w raju. Jej objawy były typowe: gorączka, ból głowy i mięśni, nieżyt dróg oddechowych, w niektórych przypadkach zaburzenia gastryczne. W połowie grudnia nie było już w Łodzi mieszkania, szczególnie tych w suterenach i na poddaszach, w którym ktoś by nie kasłał. Na szczęście uciążliwość objawów nie szła w parze ze śmiertelnością, ta mimo wszytko była stosunkowo niska i spowodowana głównie powikłaniami np. zapaleniem płuc.

Leczenie i lekarze

Choć arsenał środków przeciwgrypowych był mniejszy niż dzisiaj (a przynajmniej tak się wydaje, śledząc reklamy), to leczenie zasadniczo nie odbiegało od współczesnego. Środki przeciwzapalne, przeciwgorączkowe i przeciwbólowe, napotne, wykrztuśne i wzmacniające – oto broń w walce z infekcją. Najlepszym jednak sposobem było niezwłoczne położenie się do łóżka, choćby i tak nędznego, jak w niektórych robotniczych izbach. Niestety, w Łodzi bywało, że robotnicy, słaniając się na nogach, szli do pracy, byle nie stracić dniówki. Nie dość, że narażali się na powikłania, to zarażali innych. Rzadko też korzystali z porad lekarzy, których w Łodzi było wówczas niewielu, a do tego większość prywatnie praktykujących i pobierających za poradę opłatę. Z pomocą robotnikom nie nadążali też lekarze fabryczni, na co dzień obciążeni pracą ponad miarę, a co dopiero podczas epidemii.

Wszystko kiedyś mija

Na szczęście natura grypy była taka, że gdzie przyszła, tam gościła do sześciu tygodni i szła dalej. Z Łodzi zaczęła się wycofywać z początkiem 1890 r. Liczba zachorowań stopniowo malała, a te, które pojawiły się na przełomie lutego i marca, zwykle były spowodowane powikłaniami po „przechodzonej” grypie. No cóż, mimo postępu w medycynie grypę, ile by jej nie było „w sobie”, dobrze jest po prostu wyleżeć. A teraz – byle do wiosny!

PS. Do wbrew pozorom jednak tego ważnego tematu, ile jest grypy w grypie, jeszcze wrócę i to w wydaniu współczesnym.

***

Tekst powstał w ramach projektu „Grypa – dawniej i dziś” i stanowi nieco rozszerzoną wersję artykułu pt. „Ile grypy w grypie”, jaki ukazał się w Gazecie Polskiej Codziennie Dodatek Łódzki w wydaniu z 5 marca 2018 r.)

Dodaj komentarz